Droga. O cierpieniu

I

Wyobraź sobie. Jesteś w XV w. Idziesz na wschód. Do celu.

Idziesz wśród pól. Złote zboża kłaniają ci się w pas. Ogrzewa cię dobre słońce. Kwiatki chylą do ciebie różnobarwne kielichy.

Idziesz dalej wiejską drogą. Mijasz osady ludzkie. Gadasz z chłopami, kobietami. Śmieją się do ciebie dzieci. Łyk zimnej, orzeźwiającej wody ze studni. I już złote jabłko wpada w twój tobołek, rozświetla dłoń.

I przychodzi zima. Ostry mróz, choć śnieg piękny… Ubielił krajobraz. Na dodatek wstępujesz do lasu. Ciemny bór brzozowo-dębowy. Stare drzewa wyciągają ramiona. Idziesz, idziesz i spotyka cię noc…

 

Czy możesz mieć pretensje, że idąc do celu spotykasz też noc i las ciemny, straszny, złowrogi.

Czy możesz mieć pretensje, że nie zawsze grzeje cię słońce i rozświetla twoją drogę krąg zbóż i uśmiech ludzi.

Czy możesz mieć pretensje, że idąc sam, w lesie, w nocy jesteś sam…

 

II

Idziesz. Albo stoisz i zamarzasz. I kończy się twa droga.

Albo idziesz. Może na dodatek spotkasz wilka lub niedźwiedzia.

Może gałąź starego drzewa targanego wichrem załamie się.

Lecz idziesz. I idź. Może skończy się las, może skończy się zima. Przecież noc się skończyła.

Idź. Chociaż serce na ramieniu, czerwone ręce i znowu noc czarna jak rozpacz.

 

Lato, jesień, zima, wiosna

Lato, jesień, zima, wiosna.

I tylu ludzi. I ty nie sam.

Ty – każdy.